Palę Warszawę

To fascynujące patrzeć, jak bieżące wydarzenia stają się żywym przedstawieniem książkowej fabuły. Rewolucja w czasie zarazy – niemożliwa? Ależ możliwa, opisał ją Bruno Jasieński i to tak sugestywnie, że wydalono go za to z Francji. Biedaczek pewnie nie podejrzewał nawet, że w efekcie trafi na drogę białą jak obłęd, gdzie strażnik, jakby żywcem wyjęty z jego powieści, będzie otulał się zrabowanym płaszczem, spluwał żółtawo i smarkał w palce bez chustki.

Dziś podobna barbaria zajęła ulice miast i miasteczek. Jak orkowie, zebrani przez Sarumana szerzącego „społeczeństwo otwarte”, przetaczali się hałaśliwą tłuszczą, wyjąc, przeklinając, dewastując kościoły i napadając na księży. Choć wyrok Trybunału Konstytucyjnego dotyczy tysiąca osób rocznie, zmobilizowano dziesiątki tysięcy protestujących, aby pokazać siłę, przed którą ma się ugiąć demokracja.

Ale nie tylko wizje Jasieńskiego się spełniają, także moje. Od lat staram się zachęcać do organizowania przy parafiach opartych o skauting grup formacyjnych dla dzieci i młodzieży, które pozwolą im oprzeć się naporowi świata. Wielu z Was patrzyło na mnie wówczas jak na wariata. „W czym problem, przecież na Mszach dla dzieci są zawsze tłumy. Nie mam na to czasu, mam ważne obowiązki. Nie nadaję się, a w ogóle, to chcę zająć się czym innym. Wybacz, że zabieram dziecko ze zbiórek, ale ma w tym czasie jazdę konną.” Takich rozmów odbyłem dziesiątki.

Wśród orków jest wielu nastolatków, szczególnie dziewcząt. Znają kościoły, na których rysują sprayem błyskawice, bo chodzili tam z rodzicami co niedziela na Mszę św. Dotrwali do bierzmowania, potem machnęli ręką na śmiesznego księdza, dziwne obrzędy, przestarzałe zasady moralne. Znaleźli sobie nowych duszpasterzy, z którymi na gruzach starego porządku chcą budować nowy, wspaniały świat.

Dziś kościoły opustoszały. Pandemia wypłoszyła niedzielnych katolików, pozostali ci, którzy wiedzą, po co przyszli. Co będzie z najmłodszymi? Czy pozwolimy im wyrosnąć na orków?

Maciej

Edukacja seksualna – epizod II

Wiele osób słyszało już o promowanym przez platformę Netflix filmie „Cuties” („Gwiazdeczki”), w którym 11-letnie dziewczynki organizują grupę tańca erotycznego. Film pokazuje bunt jednej z nich przeciwko tradycyjnym wartościom obowiązujących w domu rodzinnym. Bunt kończy się przywdzianiem wyzywającego stroju i dołączeniem do innych dzieci kręcących pupami w takt muzyki. Zgodnie z opinią dystrybutora, takie zachowanie świadczy o tym, że w dziewczynce „budzi się kobiecość”.

Warto popatrzeć na ten film w kontekście dyskusji o wprowadzeniu do szkół edukacji seksualnej opartej o tzw. normy WHO. Przedstawione w nim zachowanie jest zwieńczeniem indoktrynacji, której celem jest przekształcenie dzieci w obiekty seksualne. Temu ma służyć nauka masturbacji w przedszkolu, a potem kurs technik seksualnych. 9-latki mają być w stanie wyrażać zgodę na podjęcie współżycia. Ale z kim?

Mało eksponowanym elementem rewolucji seksualnej 1968 roku był postulat zniesienia zakazu seksu z dziećmi. Guru aktywistów, Daniel Cohn-Bendit, opisywał w programie telewizyjnym swoje doznania, gdy małe dziewczynki grzebały mu w rozporku. Uznano, że jeżeli dziecko poddaje się molestowaniu i nie trzeba stosować przemocy, aby wymusić jego uległość, współżycie jest nie tylko akceptowane, ale wręcz pożyteczne. W tym kierunku szły także wnioski niemieckiego seksuologa Helmuta Kentlera. Jego działalność w Berlinie Zachodnim daje pojęcie o potędze mafii pedofilskiej. Kentler, jako biegły sądowy, zapewniał złapanym przez policję pedofilom bezkarność. Dzięki wpływom we władzach miasta doprowadził do wdrożenia oficjalnego programu „resocjalizacji” chłopców upośledzonych i z marginesu społecznego, których przez 30 lat oddawano pod opiekę pedofilom. Helmut Kentler nawet nie próbował ukrywać, że chodzi o stałą dostawę obiektów do molestowania seksualnego.

Kolejny twórca edukacji seksualnej z Niemiec to Uwe Sielert. Wyznawał on parareligijny pogląd o seksualności jako źródle „energii życiowej”, którą należy wyzwalać u dzieci od najmłodszych lat. Głosząc tak bzdurne tezy, dzięki rewolucji seksualnej, Sielert stał się jednym z najbardziej wpływowych naukowców kształtujących niemiecki system wychowania. Wywarł też wielki wpływ na treść norm WHO, które pozwoliły mu oddziaływać na kraje spoza obszaru niemieckojęzycznego.

W materiałach seksedukatorów przywołuje się jeszcze jednego naukowca z kręgu Kentlera – Ernesta Bornemana. Borneman, podobnie jak pozostali, potrafił wyczuć koniunkturę zmian obyczajowych i mimo braku wcześniejszego zainteresowania pracą akademicką stał się filarem niemieckiej seksuologii. Tak jak koledzy wspierał pedofilów, stwierdził m.in. że „każde dziecko ma prawo do odbycia stosunku z dorosłym”. Powtarzał popularną dziś tezę, że edukacja seksualna chroni dzieci przed przemocą seksualną. Dodawał jednak szczerze, że wynika to z tego, że rozbudzone seksualnie dziecko samo wybiera sobie partnera do łóżka.

Okres komunistycznej izolacji pozbawił nas świadomości, że po 1968 roku zachodnie uniwersytety zasiedlili pospolici zboczeńcy, którzy przełożyli swoje chore fantazje na język prac doktorskich. Owoc ich działań przychodzi do nas w postaci filmu o 11-letnich „Gwiazdeczkach”.

Maciej

PS. Po protestach rodziców firma Netflix przeprosiła za… niewłaściwą reklamę filmu.

Kultura unoszenia się

Kultura unoszenia się

Są takie momenty, kiedy człowiek mimowolnie zauważa, że stał się dinozaurem. Że czasy się zmieniły i trudno zrozumieć, czemu jest tak, jak jest. Taka sytuacja spotkała mnie właśnie podczas weekendowego wypadu na Mazury, kiedy zawitaliśmy na leśne kąpielisko.

Na początku wszystko wyglądało znajomo. Dzieci pluskające się w wodzie, panie przemawiające pieszczotliwie do swoich mężów i do swoich psów. Panowie dumnie przechadzający się z wciągniętymi brzuchami. A jednak po chwili spostrzegłem, że coś jest inaczej. I nie chodzi o młode kobiety z tatuażami, z daleka wyglądającymi jak blizny po tajemniczych operacjach. Chodzi o to, co gawiedź robiła nad jeziorem, a raczej to, czego nie robiła.

Na przystani nie było żadnego jachtu. Owszem, kilka żagielków majaczyło w oddali, ale przypominało to późną jesień, a nie środek wakacji. Nie było też nikogo z deską do windsurfingu, chociaż wiał miły wiaterek i aż się prosiło, aby skorzystać z tej formy rekreacji. Nie było też żadnego amatora nart wodnych, sportu nieco hałaśliwego, ale jednak wymagającego kunsztu i sprawności fizycznej. Mało kto pływał wpław dalej, niż za bojki wyznaczające kres kąpieliska dla dzieci, gdzie głębokość przekraczała już półtora metra.

Roiło się za to od skuterów wodnych, którymi poruszali się ludzie niezbyt sprawni w nawigacji (jeden wjechał między ludzi na kąpielisku), ale za to sprawnie obracający manetką i robiący „brum brum” na całym jeziorze. Za skuterami i jedną z motorówek przyczepiano wielkie, nadmuchiwane poduchy, na których ogorzali wodniacy dzielnie pokonywali fale leżąc na brzuchu.

Ta preferowana forma aktywnego (?) wypoczynku ilustruje zjawisko, które chciałem opisać w tytule Kultura unoszenia się, czyli lenistwo zapakowane w markowy sprzęt. Zero wysiłku, zero wyzwań, zero ryzyka Dobrze wygląda w mediach społecznościowych, za to nie bolą potem mięśnie. Humbug, jeden z wielu, jakie podsuwa nam świat. Nie dajmy się nabrać.

Maciej

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay

Zrywając się do lotu

Ciekawe, jak inspirująca może być wizyta w nieznanym kościele na wakacyjnym szlaku. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zaczątek stanu surowego dużej, okazałej świątyni. Mury porosły trawą i młodymi drzewkami, wyglądają jak ruina w puszczy amazońskiej. Budowlańców dawno tam nie było, widać, że hojność parafian skończyła się, zanim się zaczęła. Obok stoi skromny kościółek z białej cegły, planowany pewnie na tymczasowy, ale innego chyba już nie będzie. I tu rzecz zaskakująca. Na ścianie prezbiterium krzyż jest także ułożony z cegieł, zaś figura Chrystusa przypomina ptaka, który próbuje zerwać się do lotu. Próbuje, ale nie może, bo trzymają ją ręce i nogi zatopione w budulcu.

W tym pomniku nieudanej inwestycji pojawia się młody kapłan, który zaczyna odprawiać Mszę św. Robi to w niezwykły sposób: ze skupieniem, starannością, dbając o każdy szczegół i każdą zgłoskę. Gdy śpiewa psalm, gardło odmawia mu posłuszeństwa. A jednak przezwycięża słabość i kończy. Potem głosi piękną homilię dla garstki wiernych. Omawia pierwsze czytanie ze Starego Testamentu, przedstawia krajobraz duchowej pustyni, na której szukamy Boga, choć nie czujemy Jego obecności.

Dookoła kościoła wznoszą się bloki, ale trudno dostrzec ludzi, którzy by wracali do nich po liturgii. Możliwe, że ta pustynia jest tu i teraz, że ksiądz w homilii opisywał swoje własne doświadczenie posługi w niewielkiej oazie wśród piasków. Kto wie, może ten skromny budynek bardziej odpowiada misji budowania Kościoła na nowo? Beton i pręty zbrojeniowe na niewiele się tu zdadzą. Potrzebne są gorące serca i determinacja, aby głosić Chrystusa wbrew wszelkim przeciwnościom.

Już wiem, co przypomina mi to miejsce. Kilka lat temu odwiedziłem benedyktyński przeorat w Silverstream w Irlandii. Tam także, wśród gigantycznego, katolickiego cmentarzyska, znalazłem oazę pięknej liturgii i apostolskiego zapału. Podczas, gdy irlandzki Kościół lizał rany po skandalach seksualnych, które przyspieszyły laicyzację społeczeństwa, benedyktyni spokojnie robi to, co ich reguła nakazuje od setek lat. Im szybciej nauczymy się ich naśladować w tym spokoju i wytrwałości, tym mniej nas dotkną turbulencje, w które my w Polsce także zaczęliśmy wpadać.

Maciej

Liturgia domowa

Uprasowana koszula, odkurzona podłoga, projektor kończy się nagrzewać. Za chwilę w naszym domu na mazowieckiej wsi zagości abp Grzegorz Ryś. Nie tylko u nas, transmisję niedzielnej Mszy św. z Łodzi chce oglądać na YouTube 2.500 osób.

To nie jest zwykła liturgia. Nasze koty podchodzą i miauczą pytająco. Najmłodsza córka oddala się w którymś momencie i wraca z parówką. W kościele by się tak nie dało. Pewnie i znak pokoju byłby bardziej oficjalny, a tak możemy serdecznie ucałować wszystkie dzieci.

Biskup Ryś w homilii mówi, aby celebrować rodzinny charakter tej niedzieli, zamiast rozpamiętywać trudności kwarantanny. „Bóg jest duchem; trzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” – gdzie łatwiej to zrobić, niż w domu, gdzie każdy jest sobą i nie ma między nami fałszu?

Komunia św. duchowa była do tej pory abstrakcyjnym pojęciem. Teraz ćwiczymy gotowość duszy na przyjęcie Ciała i Krwi Chrystusa, choć nie możemy Ich otrzymać. Ale wielka będzie radość, gdzie ta chwila nadejdzie.

Maciej