Szydło, niestety, Twój rząd obalą kobiety

Dużo się zmieniło od zeszłej soboty, kiedy zacytowane w tytule hasło skandowały przed sejmem feministki. Wydawało się wtedy, że to kolejna antyrządowa manifestacja, którą większość parlamentarna przetrzyma, jak poprzednie, znacznie liczniejsze, w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Wydawało się, że gramy z rządem w jednej drużynie i wspólny front w obronie życia dzieci nienarodzonych będzie tego potwierdzeniem. „Strajk kobiet” w poniedziałek okazał się imprezą niepoważną, a liczba uczestniczek była wielokrotnie mniejsza od deklarujących zainteresowanie na Facebooku. Dlatego informacja, że sejm wkrótce zajmie się projektem obywatelskim ochrony życia, budziła nadzieję, że do końca tygodnia znajdziemy się jako państwo w innej lidze pod względem szacunku dla praw najmłodszych obywateli. Wtedy nadszedł „czarny czwartek” i niespodziewane odwrócenie  sojuszy. Okazało się, że PiS głosuje razem z Platformą i Nowoczesną za utrzymaniem obecnego prawa zezwalającego na aborcje eugeniczne, zaś prolajferzy są traktowani z nieskrywaną wrogością. Działacze ugrupowań lewicowych wpadli w euforię, zachwyceni swoją skutecznością.

Czytaj dalej

Jak ocalić dziewczęce przyjaźnie?

broken-crossFacebook działa jak uniwersalny peryskop, którym można zajrzeć w życie osób dawno niewidzianych. Czasem ku radości, a czasem nie. Niedawno, wśród zdjęć z parady homoseksualistów natrafiłem na znajomą buzię. Dziewczynka, którą znałem jako malucha, dziś już nastolatka, dumnie niosła banner z postulatami tego środowiska. Na profilu FB, w polu „Wyznanie”, wpisała: „ateistka”.

Takie odkrycie daje do myślenia, bo trudno zrozumieć, jaką drogą młoda dziewczyna ze szczęśliwego domu mogła trafić do grupy radykałów, których celem jest obalenie tradycyjnego społeczeństwa i jego wartości. Czy deklarowany jako wyznanie (sic!) ateizm jest przyczyną tego stanu, czy raczej skutkiem? Co musi się stać, aby z pozycji choćby i letniego Polaka-katolika, który święci święconkę i narzeka na pazerność kleru, przejść do tych, którzy chcą burzyć kościoły? Czy wystarczy do tego jad sączony przez „Wyborczą”, która wytrwale dąży do wyprania katolików z katolicyzmu? Czytaj dalej

Idę w góry łapać kangury

Przepraszam za ten niepoważny tytuł, będący luźnym nawiązaniem do słów piosenki “Lato z ptakami odchodzi”. Wpis ma być jak najbardziej serio, ale jak zachować powagę, gdy się właśnie z gór wróciło? Może nie takich znowu wysokich, pagórków raczej, ale i tak dających wiele okazji, by cieszyć się życiem. Halnego nie uświadczyliśmy, za to nas solidnie przewiało i zmoczyło. Nie wspominam o wszechobecnym błocie, na którym nasz towarzysz wędrówki wywinął orła (niżej podpisanego w takich sytuacjach ratowały dodatkowe nogi, to jest kijki). Najpierw trzeba było jednak wstać o piątej rano, zaś pierwszy solidniejszy posiłek zjedliśmy wiele godzin później, kryjąc się przed zacinającym deszczem pod drzewami obok starej kapliczki.

Jaki jest w tym wszystkim sens, ktoś zapyta. Aby zrozumieć pedagogię gór trzeba najpierw się przed nimi ukorzyć. Trzeba swoje odcierpieć, gdy mięśnie buntują się przeciwko użytkowaniu niezgodnie z codzienną rutyną (przejście od komputera do samochodu i z powrotem). Trzeba nauczyć się zapobiegliwości przy pakowaniu plecaka i ograniczonego zaufania do prognoz pogody. Wtedy można popatrzeć na góry inaczej. Czytaj dalej

Emigracja od rodziny

Nie wiem, czy w licznych analizach socjologicznych dotyczących wyludniającej Polskę emigracji ktokolwiek zwrócił uwagę na sprawę relacji w rodzinach emigrantów. Mówiąc wprost – czy ich rodzice, dziadkowie, teściowie, ciotki i wujkowie starali się zatrzymać ich w kraju, oferując wsparcie w różnych trudnościach, czy też przeciwnie, kontakty były tak słabe, że można było bez większego żalu stracić krewnych z pola widzenia. Bo przecież sytuacja w Polsce jest daleko lepsza od tragedii znanych z przeszłości, kiedy ludzie uciekali w świat przed wojną, głodem i prześladowaniami.

W kolejce do samolotu do Dublina usłyszałem, jak stojąca obok mnie kobieta mówi do dwójki małych dzieci: – Cieszycie się, że wracamy do Irlandii? Bo ja nie. – Uświadomiłem sobie, że oni nie lecą tam na wakacje – jak ja – ale przeciwnie – wracają z wakacji w Polsce. Możliwe, że podobnie było z wieloma innymi maluchami, które stanowiły niemal połowę grupy pasażerów. Poleciały zobaczyć babcię w Polsce i teraz wracały do irlandzkiego domu. Czy to nie dziwne? Czy nie powinniśmy spojrzeć na zjawisko emigracji jako na gorzki owoc wcześniejszych lat, kiedy starsze pokolenie budując w Polsce kapitalizm nie miało czasu zadbać o mocne więzi ze swoimi dorastającymi dziećmi, a przez to i z wnukami?

Cały czas brzmią mi w uszach słowa kazania, jakie w ostatni poniedziałek, we wspomnienie św. Anny, Matki Najświętszej Maryi Panny, wygłosił w benedyktyńskim przeoracie w Silverstream w Irlandii przeor – Dom Mark Kirby. Mówił on o tym, że w czasach Pana Jezusa rodzina nie była pojmowana w sposób nuklearny (rodzice plus dzieci), ale że zawsze zaliczano do niej starsze pokolenie. Powiedział też, że naszym zadaniem jako rodziców jest wychowywać dzieci tak, aby w przyszłości były dobrymi babciami i dziadkami. To bardzo trudne zadanie, bo wykracza poza przewidywalny kres naszej ziemskiej wędrówki. Czy jednak nie po to wychowujemy dzieci, aby sięgać daleko w przyszłość?

Maciej

Ojciec na szczycie stołu

Mam w tym roku niezwykłą możliwość spędzania części wakacji we wspólnocie tradycyjnych benedyktynów w Silverstream w Irlandii. Ważną częścią codziennego rytuału są tutaj posiłki, których charakter wart jest naśladowania w naszych rodzinach. Tym bardziej, że wspólnota monastyczna pod wieloma względami przypomina rodzinę wielodzietną.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, jest niezwykła serdeczność, wręcz czułość, z jaką uczestnicy posiłku odnoszą się do siebie nawzajem. Służba innym przy stole nie jest przykrym obowiązkiem, lecz okazją do dzielenia się, karmienia, dbania o siebie. Wyraża się to w prostych, uprzejmych gestach, gdy półmisek z jedzeniem jest przekazywany kolejnym osobom, które dziękują skinieniem głowy. Każdy nakłada sobie małą porcję, dbając o to, aby wystarczyło dla innych. Jeżeli jest taka potrzeba, można później skorzystać z dokładki.

Druga sprawa, to panujący podczas posiłku porządek. Nie chodzi o to, aby się najeść byle jak i byle szybciej. Posiłek rozpoczyna i kończy modlitwa, zaś w czasie jego trwania jeden z mnichów czyta na głos pobożną książkę. Wszystko jest tak zorganizowane, aby uniknąć zamieszania. Posługujący zakonnik chodzi między stołami i rozdziela potrawy, pozostali mogą w tym czasie skupić się na jedzeniu i treści książki. Widać w tym zamysł, aby spotkanie w refektarzu nie służyło tylko zaspokojeniu głodu, ale dało też okazję do refleksji. Jakkolwiek same potrawy są bardzo proste, to spożywanie ich w takich warunkach jest wielką przyjemnością.

Przy oddzielnym stole siedzi ojciec tej rodziny – przeor. Jest najważniejszą osobą, która prowadzi modlitwę, a także wyznacza czas początku i końca posiłku. On też pierwszy nakłada sobie porcję jedzenia i nalewa wina. Nie znaczy to jednak, że skupia się wyłącznie na sobie, przez cały czas dogląda, czy innym czegoś nie brakuje. Jego przywileje wyrażają szacunek dla funkcji, która spaja całą wspólnotę. Jest to dobry przykład dla nas – ojców. Często przytłoczeni problemami dnia codzinnego opuszczamy miejsce na szczycie stołu. Musimy mieć świadomość, że to miejsce nie jest naszym wyborem – zależnym od samopoczucia – lecz obowiązkiem. Sam Stwórca wyznaczył nam rolę przeora w naszej domowej wspólnocie obdarzając nas potomstwem.

Maciej