Kultura unoszenia się

Kultura unoszenia się

Są takie momenty, kiedy człowiek mimowolnie zauważa, że stał się dinozaurem. Że czasy się zmieniły i trudno zrozumieć, czemu jest tak, jak jest. Taka sytuacja spotkała mnie właśnie podczas weekendowego wypadu na Mazury, kiedy zawitaliśmy na leśne kąpielisko.

Na początku wszystko wyglądało znajomo. Dzieci pluskające się w wodzie, panie przemawiające pieszczotliwie do swoich mężów i do swoich psów. Panowie dumnie przechadzający się z wciągniętymi brzuchami. A jednak po chwili spostrzegłem, że coś jest inaczej. I nie chodzi o młode kobiety z tatuażami, z daleka wyglądającymi jak blizny po tajemniczych operacjach. Chodzi o to, co gawiedź robiła nad jeziorem, a raczej to, czego nie robiła.

Na przystani nie było żadnego jachtu. Owszem, kilka żagielków majaczyło w oddali, ale przypominało to późną jesień, a nie środek wakacji. Nie było też nikogo z deską do windsurfingu, chociaż wiał miły wiaterek i aż się prosiło, aby skorzystać z tej formy rekreacji. Nie było też żadnego amatora nart wodnych, sportu nieco hałaśliwego, ale jednak wymagającego kunsztu i sprawności fizycznej. Mało kto pływał wpław dalej, niż za bojki wyznaczające kres kąpieliska dla dzieci, gdzie głębokość przekraczała już półtora metra.

Roiło się za to od skuterów wodnych, którymi poruszali się ludzie niezbyt sprawni w nawigacji (jeden wjechał między ludzi na kąpielisku), ale za to sprawnie obracający manetką i robiący „brum brum” na całym jeziorze. Za skuterami i jedną z motorówek przyczepiano wielkie, nadmuchiwane poduchy, na których ogorzali wodniacy dzielnie pokonywali fale leżąc na brzuchu.

Ta preferowana forma aktywnego (?) wypoczynku ilustruje zjawisko, które chciałem opisać w tytule Kultura unoszenia się, czyli lenistwo zapakowane w markowy sprzęt. Zero wysiłku, zero wyzwań, zero ryzyka Dobrze wygląda w mediach społecznościowych, za to nie bolą potem mięśnie. Humbug, jeden z wielu, jakie podsuwa nam świat. Nie dajmy się nabrać.

Maciej

Obraz PublicDomainPictures z Pixabay

Zrywając się do lotu

Ciekawe, jak inspirująca może być wizyta w nieznanym kościele na wakacyjnym szlaku. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zaczątek stanu surowego dużej, okazałej świątyni. Mury porosły trawą i młodymi drzewkami, wyglądają jak ruina w puszczy amazońskiej. Budowlańców dawno tam nie było, widać, że hojność parafian skończyła się, zanim się zaczęła. Obok stoi skromny kościółek z białej cegły, planowany pewnie na tymczasowy, ale innego chyba już nie będzie. I tu rzecz zaskakująca. Na ścianie prezbiterium krzyż jest także ułożony z cegieł, zaś figura Chrystusa przypomina ptaka, który próbuje zerwać się do lotu. Próbuje, ale nie może, bo trzymają ją ręce i nogi zatopione w budulcu.

W tym pomniku nieudanej inwestycji pojawia się młody kapłan, który zaczyna odprawiać Mszę św. Robi to w niezwykły sposób: ze skupieniem, starannością, dbając o każdy szczegół i każdą zgłoskę. Gdy śpiewa psalm, gardło odmawia mu posłuszeństwa. A jednak przezwycięża słabość i kończy. Potem głosi piękną homilię dla garstki wiernych. Omawia pierwsze czytanie ze Starego Testamentu, przedstawia krajobraz duchowej pustyni, na której szukamy Boga, choć nie czujemy Jego obecności.

Dookoła kościoła wznoszą się bloki, ale trudno dostrzec ludzi, którzy by wracali do nich po liturgii. Możliwe, że ta pustynia jest tu i teraz, że ksiądz w homilii opisywał swoje własne doświadczenie posługi w niewielkiej oazie wśród piasków. Kto wie, może ten skromny budynek bardziej odpowiada misji budowania Kościoła na nowo? Beton i pręty zbrojeniowe na niewiele się tu zdadzą. Potrzebne są gorące serca i determinacja, aby głosić Chrystusa wbrew wszelkim przeciwnościom.

Już wiem, co przypomina mi to miejsce. Kilka lat temu odwiedziłem benedyktyński przeorat w Silverstream w Irlandii. Tam także, wśród gigantycznego, katolickiego cmentarzyska, znalazłem oazę pięknej liturgii i apostolskiego zapału. Podczas, gdy irlandzki Kościół lizał rany po skandalach seksualnych, które przyspieszyły laicyzację społeczeństwa, benedyktyni spokojnie robi to, co ich reguła nakazuje od setek lat. Im szybciej nauczymy się ich naśladować w tym spokoju i wytrwałości, tym mniej nas dotkną turbulencje, w które my w Polsce także zaczęliśmy wpadać.

Maciej

Liturgia domowa

Uprasowana koszula, odkurzona podłoga, projektor kończy się nagrzewać. Za chwilę w naszym domu na mazowieckiej wsi zagości abp Grzegorz Ryś. Nie tylko u nas, transmisję niedzielnej Mszy św. z Łodzi chce oglądać na YouTube 2.500 osób.

To nie jest zwykła liturgia. Nasze koty podchodzą i miauczą pytająco. Najmłodsza córka oddala się w którymś momencie i wraca z parówką. W kościele by się tak nie dało. Pewnie i znak pokoju byłby bardziej oficjalny, a tak możemy serdecznie ucałować wszystkie dzieci.

Biskup Ryś w homilii mówi, aby celebrować rodzinny charakter tej niedzieli, zamiast rozpamiętywać trudności kwarantanny. „Bóg jest duchem; trzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” – gdzie łatwiej to zrobić, niż w domu, gdzie każdy jest sobą i nie ma między nami fałszu?

Komunia św. duchowa była do tej pory abstrakcyjnym pojęciem. Teraz ćwiczymy gotowość duszy na przyjęcie Ciała i Krwi Chrystusa, choć nie możemy Ich otrzymać. Ale wielka będzie radość, gdzie ta chwila nadejdzie.

Maciej

Krzyżem po głowie

Bardzo lubię słuchać biskupa Grzegorza Rysia, którego wiele homilii i konferencji jest dostępnych na YouTube. Jak to bywa, z czasem wyłaniają się motywy, które biskup lubi powtarzać i które co jakiś czas wplata w swoje wypowiedzi. Jednym z nich jest opowieść o nauczycielce, którą Niemcy uwięzili w czasie okupacji za wspieranie podziemia, torturowali, a kiedy okazała się dla nich bezużyteczna, zamordowali. Historia ta zawiera wiele poruszających epizodów, sam Ryś przyznaje, że płakał nad losem tej kobiety. Szczególnie zapada w pamięć scena, kiedy w przesłuchujących gestapowcach rozpoznaje ona swoich dawnych uczniów. Jeden z nich bije ją po głowie krucyfiksem, który niegdyś podarowała mu z okazji bierzmowania.

Ta historia jest okropna i najprościej uznać ją za ostateczny argument za tym, że powinniśmy trzymać się z daleka od działalności społecznej i pracy z dziećmi i młodzieżą. Nikt dziś nie będzie nikogo bił krzyżem, wystarczy, że padnie oskarżenie o pedofilię. Doświadczył tego australijski kardynał George Pell, którego oskarżono o przestępstwa seksualne w oparciu o zeznania dawnych podopiecznych. Hierarcha zaprzecza, zeznania świadków wykluczają fizyczną możliwość takich zdarzeń, ale sąd wydał wyrok skazujący. Według ostatnich doniesień, władze więzienia nie pozwoliły Pellowi odprawić Mszy św. w Boże Narodzenie.

Czy zatem wejść na ścieżkę, która może skończyć się kłopotami? Nie tylko ryzykujemy dobre imię, czy wolność. Może się też okazać, że młodzi ludzie, którym poświęcamy swoje życie, obrócą się przeciwko nam. Czy warto? Oczywiście, że tak. Podjęcie się duchowego ojcostwa, czy macierzyństwa, to cel dużo bardziej doniosły, niż uciążliwości, jakie mogą nas spotkać ze strony nieprzychylnych ludzi. „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą” – mówi nam Jezus. – „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.” Nie lękajmy się zatem i angażujmy w pomoc młodym, którzy potrzebują jej bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.

Maciej

Co jest grane, czyli świąteczne potyczki z repertuarem kin

– Tato, pójdźmy dziś do kina! – zakrzyknęły dzieci, nieco już znudzone kolejnym dniem ferii świątecznych. Czemu nie? Tata też może na tym skorzystać, nie tylko podjadając dzieciom popcorn. Zacząłem zatem studiować repertuar. Pierwsze, co widać, to nowe „Gwiezdne Wojny”. A ten tytuł to jak skurcz serca. Saga młodości, oglądana dziesiątki razy, przeżywana, smakowana scena po scenie. „Imperium kontratakuje” miałem na kasecie VHS z napisami po szwedzku. W niczym to nie przeszkadzało, bo ścieżkę dialogową znaliśmy na pamięć. No, ale to przeszłość, im odcinki były nowsze, tym trudniej było je obejrzeć. Najpierw nastąpił atak infantylizmu, potem feminizmu, a ostatecznie fabuła zrobiła się tak głupia, że aż żenująca. Najnowsza część znana jest z tego, że zawiera „historyczny pocałunek lesbijski”. Czyli już nie młodsze pokolenie Hana Solo i Lei tworzy romantyczny duet, tylko jakieś dwie panie. Rozumiem, ze film przeznaczony jest dla społeczności LGBT, ale sam się do niej nie zaliczam, więc „Skywalker. Odrodzenie” dołączył do tych odcinków, z których zrezygnowałem.

Wybór tytułu na rodzinny seans padł ostatecznie na film „Śnieżna paczka”. Na plakacie sympatyczne zwierzątka, ale nie dajcie się zmylić. Prawdziwy tytuł powinien brzmieć „Śnieżna paczka Grety Thunberg”. Bohaterowie walczą z globalnym ociepleniem wywoływanym przez gaz, którego erupcje przypominają puszczanie bąków. Czarnym charakterem jest mors-technokrata, który niszczy klimat z czystej złośliwości. Wspomagają go wredne maskonury z dowódcą w pikelhaubie. Mamy więc symbole kapitalizmu i imperializmu, a co z patriarchatem? On na szczęście został już pokonany. Główny bohater męski jest żałosną ofermą, zaś główna bohaterka – wszechstronnie wykształconą „inżynierką”, która hobbystycznie modernizuje gigantyczny spychacz. Na wypadek, gdyby żeńskiej dominacji było za mało, występuję też wielka klępa mówiąca łamanym rosyjskim, która w finałowej scenie rozwala maskonury strzałami z pistoletu na śnieżne kule. Jakkolwiek w zwierzęcej społeczności pojawiają się na początku męscy herosi – dorosłe psy ciągnące sanie z paczkami – to przy bliższym poznaniu okazują się oni zmęczonymi życiem przegrywami, którzy marzą wyłącznie o emeryturze w ciepłych krajach.

Jak widzicie, uciekając przez gwiezdnym lesbijkami wpakowałem się na przygotowanie do strajku klimatycznego. To jeszcze nie to, co w Niemczech, gdzie dzieci uczą się śpiewać piosenkę z refrenem „Moja babcia jest ekologiczną świnią”, ale już blisko. Wniosek jest taki, że sami musimy tworzyć kino dla swoich dzieci. Trzeba zaprzyjaźnić się z Youtubem i Chomikiem, szukać wartościowych tytułów na stronach, których autorzy wzięli na siebie trud oddzielenia ziarna od plew. Może to być Kultura Dobra Brawaria, może być też Internet Movie Database, gdzie w sekcji dla rodziców także są wypisane wszystkie problematyczne sceny. Jeżeli obraz ogólnie jest wartościowy, ale reżyser postanowił wrzucić do niego parę cuchnących bobków, zazwyczaj natury erotycznej, nie wahajmy się przed wycięciem ich w programie do edycji filmów (polecam darmowy VirtualDub).

A na wypad do kina dam się namówić nie wcześniej, niż za rok.

Maciej