Stanowisko Stowarzyszenia w sprawie obniżenia subwencji dla uczniów Edukacji Domowej

Ostatnie decyzje Ministerstwa Edukacji Narodowej, dotyczące obniżenia subwencji na dzieci realizujące obowiązek szkolny w ramach edukacji domowej, przyjęliśmy z zaskoczeniem i niepokojem. Mamy jednak nadzieję, że wszelkie wątpliwości da się wyjaśnić na drodze spokojnej rozmowy.
Z naszego punktu widzenia – Stowarzyszenie Rodzin im. bł. Mamy Róży zajmuje się pozamaterialnym wspieraniem rodzin w różych aspektach – decyzja o zmniejszeniu subwencji uderza nie tylko w szkoły, które przyjmują licznych uczniów w ramach ED, ale także w rodziców tychże uczniów.
Wielu z członków Stowarzyszenia prowadzi edukację domową kilkorga dzieci jednocześnie, co stanowi spore wyzwanie, także finansowe. Dlatego jednym z kryteriów wyboru szkoły, do której zapisane będą dzieci, są różnorodne formy „dzielenia się” subwencją. Szkoły przyjazne ED zapewniają na przykład nieodpłatne warsztaty, możliwość korzystania z basenu czy innych zajęć sportowych, a nawet obozy letnie. Inne zwracają część subwencji na podstawie faktur za materiały szkolne czy zajęcia, np. językowe. Dla rodziców jest to realne, konkretne wsparcie. Do tego dochodzi solidna i wytężona praca nauczycieli egzaminujących, a często także pomagających w trakcie roku szkolnego. Czytaj dalej

Idę w góry łapać kangury

Przepraszam za ten niepoważny tytuł, będący luźnym nawiązaniem do słów piosenki “Lato z ptakami odchodzi”. Wpis ma być jak najbardziej serio, ale jak zachować powagę, gdy się właśnie z gór wróciło? Może nie takich znowu wysokich, pagórków raczej, ale i tak dających wiele okazji, by cieszyć się życiem. Halnego nie uświadczyliśmy, za to nas solidnie przewiało i zmoczyło. Nie wspominam o wszechobecnym błocie, na którym nasz towarzysz wędrówki wywinął orła (niżej podpisanego w takich sytuacjach ratowały dodatkowe nogi, to jest kijki). Najpierw trzeba było jednak wstać o piątej rano, zaś pierwszy solidniejszy posiłek zjedliśmy wiele godzin później, kryjąc się przed zacinającym deszczem pod drzewami obok starej kapliczki.

Jaki jest w tym wszystkim sens, ktoś zapyta. Aby zrozumieć pedagogię gór trzeba najpierw się przed nimi ukorzyć. Trzeba swoje odcierpieć, gdy mięśnie buntują się przeciwko użytkowaniu niezgodnie z codzienną rutyną (przejście od komputera do samochodu i z powrotem). Trzeba nauczyć się zapobiegliwości przy pakowaniu plecaka i ograniczonego zaufania do prognoz pogody. Wtedy można popatrzeć na góry inaczej. Czytaj dalej

Dwa serca i pół mózgu

No wzruszam się, cieszę, z uśmiechem poklepuję wypukły brzuch. Lubię myśl o małym człowieku, który sobie spokojnie żyje, chlupocze, policzone jego włosy i dni, cały jest znany Stwórcy, który utkał go w łonie matki.
Wszystko się zgadza.
Ale żebyż to było tylko łono.
Ciąża jest zdumiewająco wszechogarniającym stanem, trudnym do wytłumaczenia: w proces hodowli nowego bytu zaangażowane jest całe ciało: wyrastają mi na głowie nowe włosy, tworząc dziwne pionowe kłaczki; zmysły się wyostrzają (otwarcie lodówki nadal jest wyzwaniem, a to już siódmy miesiąc); kostki po całym dniu wdzięcznie puchną.
Najbardziej fascynującym zjawiskiem jest jednak gwałtowne zmniejszenie dostępnych zasobów pamięci i intelektu, co daje dość komiczny efekt – kiedy w rozmowie ze zleceniodawcą korekty nie jestem w stanie przypomnieć sobie słowa „akapit” i tłumaczę „…no, w nowej linijce, rozumie pan, po tabulatorze…”. Albo kiedy codziennie o 23.00 przypominam sobie, że miałam do kogoś zadzwonić, i tak już od tygodnia. Czytaj dalej

Głos zza drzwi

Natrafiłam w dominikańskiej blogosferze na tekst p. Małgorzaty Wałejko, zatytułowany dramatycznie „Halloween, albo zamknięte drzwi katola”. Autorka ubolewa, że doskonała zabawa, w której brały udział jej dzieci, festiwal sąsiedzkiej integracji, feeria życzliwości itp. zostały zakłócone przez złowrogo zamknięte drzwi z wywieszoną karteczką „Nie obchodzimy halloween” plus wykrzykniki. Były to drzwi katolskie, co rozpoznajemy po K+M+B powyżej karteczki.
Potem następuje seria domysłów, jakie robactwo musi toczyć duszę takiego katola, co przed sympatycznymi duszkami zamknął swe drzwi nienawiści.
Następnie mamy optymistyczny wywód o tym, że zbawiony nie musi się obawiać Złego i „przemykać na ugiętych kolanach” w obawie przed opętaniem, w związku z czym wszelkie ostrzeżenia przed Halloween są wyrazem nieprzyjemnego dzielenia ludzi na tych, co mają rację i jej nie mają. W imię – tu cytat – „jakichś zasad”.
Do tego wypowiedzi ks. Halika i Ojca Generała Bruno Cadore, wskazujące na konieczność raczej zbliżenia i urzekania miłością niż separowania się w imię czystości wiary.

Wszystko to bardzo pięknie. Kilkadziesiąt lat odwrócenia uwagi od misji Kościoła walczącego i mamy tęczę oraz kucyki, które plują jadem wyłącznie na swoich, bezwarunkową tolerancją obejmując wszystkich pozostałych.
Przyglądam się okołohalloweenowym przepychankom od kilku lat i nieustannie mnie zdumiewa, ile energii wkładają chrześcijanie w przekonywanie siebie nawzajem, że święto, które sataniści uznają za swoje i bardzo istotne, wcale takie nie jest. Furda wypowiedzi samych satanistów, furda tym bardziej ostrzeżenia ze strony księży czy papieży, na pewno tkniętych tym samym duchem „izolowania się w imię jakichś zasad”. Jak to jest, że słowa Franciszka, zwykle podchwytywane w lot (kiedy brzmią dostatecznie „fajnie”) tym razem pozostały kompletnie niezauważone, kolportowane tylko na „dziwnych” portalach? A Papież wypowiedział się równie stanowczo jak kiedyś Benedykt XVI o Harrym Potterze, co takoż zostało z wdziękiem puszczone mimo uszu.
To nie chodzi o przemykanie na ugiętych kolanach w lęku przed Szatanem, taka postawa rzeczywiście nie jest właściwa – ktoś taki zapomina, że Bóg zwyciężył. Jednakowoż postawa „jestem zbawiony, nic mi nie grozi, idę na imprezę do Boruty” jest wiecej niż niewłaściwa, bo głupia. Ten, kto pamięta, że Bóg zwyciężył, idzie w Jego armii, w Jego blasku, w Jego chwale i Jego drogą. To nie chodzi o to, że ja mam rację. Chodzi o to, że Bóg ma rację, a ja Jemu wierzę, i jeżeli mnie przed czymś ostrzega, to tam nie lezę. Jeśli święci Piotr i Paweł mówią mi „bacz, żebyś nie upadł”, albo „przeciwnik wasz, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć” – to nie mam powodu chłopom nie wierzyć, bo widzieli nieporównanie więcej niż ja, doświadczyli bezpośredniej bliskości Jezusa, a i tak orali twarzą o glebę nieraz. I w swojej apostolskiej pracy przemawiali, owszem, na środku rynku, ale nie szli w ramach integracji i urzekania miłością składać ofiar do lokalnej pogańskiej świątyni.
Dlatego ja, mały żuczek, nie wygłupiam się z obchodzeniem Halloween ani nawet Dziadów, ani Kupały. A na Halloween jestem szczególnie cięta, bo dzieci uczą się przebierania w kretyńskie stroje i wyłudzania słodyczy zamiast sprzątania opuszczonych grobów. Proszę mi nie mówić, że jedno drugiego nie wyklucza, bo to nieprawda. Akcent został przełożony z zadumy nad perspektywą wieczności, pamięci o własnych prywatnych Świętych, modlitwy za dusze opuszczone – na idiotyczne duszki, dyńki i potworki. Nawet aktorzy kwestujący na Powązkach czy Rakowickim stali się nagle nieco anachroniczni, bo grobbing jest tylko obciachową tradycją (tu można porechotać z rewii mody i grających zniczy; z dorosłych ludzi, którzy sobie poprzedniego wieczoru malują trupie mordy na twarzy, rechotać nie wypada).
Żeby jeszcze te biedne polskie dzieci nie miały innych okazji do przebieranek albo chodzenia po domach sąsiadów. Mamy długi karnawał, mamy czas maskarad, kuligów i kolędników. A, pardon „kolędników już nie ma”. Po pierwsze – nieprawda, są, całkiem liczni. A po drugie – rzeczywiście, oto jest niepodlegość myślenia: zanika własna tradycja, spójna z wyznawaną religią, to zamiast ją wskrzeszać przygruchajmy sobie inną, durną i szkodliwą, ale za to masową. I nikt nas nie wytknie palcami, że się izolujemy.

Tylko chciałabym zauważyć, że taki chrześcijanin, który się gorliwie stara „nie izolować”, staje się powoli nie do odróżnienia od pogan, i to nie dlatego, że udało mu się pogan nawrócić. Dwa tysiące lat doświadczenia mówią jasno, że chrześcijanie wtedy zmieniają świat, kiedy do niego nie należą. Żyją w nim, ale do niego nie należą.
Pewnie zamiast wywieszać karteczkę lepiej byłoby otwierać drzwi i każdemu po kolei uprzejmie tłumaczyć, dlaczego nie świętujemy halołinów, a towarzyszącym rodzicom jeszcze dodatkowo wręczać stosowne apologetyczne ulotki. Ale to tak jak ze Świadkami Jehowy, nie każdy się czuje na siłach dyskutować. Komunikat „nie świętujemy” oznacza tyle i tylko tyle. Powyżej wyjaśniono dlaczego.

Rządź, Brytanio

Tym razem byliśmy w Londynie dłużej, prawie dwa tygodnie. Mieliśmy mnóstwo czasu na oglądanie tego, na co mieliśmy ochotę. W naszym przypadku oznacza to muzea, parki, jeszcze trochę muzeów, wreszcie włóczenie się ulicami lub odwiedzanie miejsc, do których zaglądają okoliczni mieszkańcy. Przedpołudniami wędrowałam w ślad za londyńskimi matkami – i nader często okazywało się, że najpopularniejszym w okolicy celem spacerów jest – tadam – muzeum: z bawialnią tematyczną dla najmłodszych (w National Maritime Museum – przebierz się za pirata, ugotuj posiłek w okrętowej kuchni, wyplącz ryby z sieci; w Museum of London Docklands – załaduj statek tak, żeby się nie przechylał, kieruj modelem dźwigu portowego, odgrzeb antyczne amfory z piaszczystego dna sztucznej, lecz mokrej „Tamizy” itd.), z galeriami dla dzieci starszych, interesującymi ekspozycjami stałymi. I z kafeterią, gdzie można nabyć niedrogi (umownie niedrogi, oczywiście) posiłek. Dzień mija niepostrzeżenie. Dzieci, równie niepostrzeżenie, nabywają wiedzy. Nabywają jeszcze czegoś: przekonania, że Brytania jest potęgą i pozytywnym bohaterem historii świata. Olbrzymie kompleksy muzealne nie nazywają się wcale „Gmach Chwały Imperium”, ale o tym opowiadają wszystkie wystawy, mapy, filmy i plansze: otóż, drodzy zwiedzający, Brytania była i jest potęgą, panującą nad morzami i lądami. Mieliśmy fantastycznych podróżników, naukowców, wodzów i władców. Nasze statki były najszybsze, kompanie handlowe największe, a porty najruchliwsze. Półgębkiem informujemy, że mieliśmy też kolonie, no i tam to różnie bywało, ale za to teraz jest świetnie – i tu zdjęcia roześmianych Londyńczyków pochodzenia afrykańskiego czy hinduskiego.

Muzea są darmowe. Przychodzi się do nich po wielokroć, bo są atrakcyjną formą spędzania czasu. I po raz kolejny odczytuje się historię bitwy pod Trafalgarem (i siedzi się przed nieprawdopodobnym obrazem Turnera, wyeksponowanym w osobnej sali), albo w sąsiednim Obserwatorium patrzy się na Południk Zero (ha, widzicie, nasz Południk Zero wygrał ze wszystkimi innymi), albo – gdzie indziej – ogląda się film o niezłomnym Churchillu, który nie pozwolił, żeby doki zaprzestały pracy w czasie wojny.
A nawet, jeśli się nie wchodzi do muzeów, to w centrum miasta mija się dziesiątki pomników. Każdy jeden generał, lord, uczony albo bodaj zdolny londyński architekt ma swój postument i tablicę opisującą dokonania. W miejscach upamiętniających brytyjskich żołnierzy – zawsze świeże, niewyblakłe wieńce.

Ja wiem, to stolica, obszar reprezentacyjny, państwo rzeczywiście potężne i gdzie nam tam się równać… a właściwie czemu się nie równać? Historia Rzeczpospolitej jest pełna blasku i chwały, i rzekłabym, że o wiele mniej w niej momentów moralnie dyskusyjnych. Bardzo bym chciała, żeby nasze muzea przestały być szacownymi, nudnawymi instytucjami (za to słono liczącymi za wstęp) i stały się świetną opcją na spędzenie przedpołudnia z dziećmi. Żeby dzieci mogły się pobawić, zjeść, dotknąć i przeżyć, a przy okazji nabyć przekonania, że dobrze być Polakiem.

Marcelina